Podróże promem

Podróże promem

Podróż promem w Grecji może zaskoczyć, nie dość, że (oprócz oczywiście strajków) połączenia ta działają wyjątkowo punktualnie, to jeszcze – są doskonale zorganizowani.

Pierwsza podróż Ignasia

Nieco z sercem na ramieniu wybrałam się w moją pierwszą podróż autem, za pośrednictwem promu. Dlaczego ten, wydawałoby się dość pospolity fakt, napawał mnie niepokojem? Otóż pamiętam dobrze nie tak znowu odległe czasy, kiedy jeździłam do Świnoujścia promem Karsibór – i niemal zawsze komuś urwało tłumik przy wjeździe bądź zjeździe – mi to się zdarzyło w moim osiemnastoletnim BMW 525… Zaś biorąc pod uwagę organizację Greków, wjazd na prom moim ślicznym i – stosunkowo młodym – Ignasiem napawał mnie wręcz panicznym strachem. Ignaś, to imię mojego samochodu 😉 .
Przed czym miałam obawy?   a, że urwę coś przy zjeździe, albo żle umocują auto – sztuka sztauerki wydawać się jest tutaj zupełnie nieznana, bałam się tez, zapakują mnie gdzieś, a ja nie będę mogła wyjechać w moim docelowym porcie. Ot, co.
Przyznacie sami, że obaw całkiem sporo, jak na pierwszy raz.

Kilkanaście lat temu, kiedy jeszcze zawodowo pływałam na statkach, kolega marynarz Włoch o dźwięcznym imieniu Bruno powiedział mi z wcale nieukrywaną zazdrością, że … „najlepszymi żeglarzami na świecie są Grecy”. Miał na myśli wyspiarzy, tłumaczył to tym, że Grecy musieli opanować tę sztukę do perfekcji, podróżując od tysiącleci pomiędzy 1000 swoich wysp.

I kiedy stanęłam w kolejce dla samochódów wjeżdżających na prom przypomniałam sobie te słowa i miałam szczerą nadzieję, że jest w tych choć odrobina prawdy.

Kazali mi być 40 minut przed planowanych odpływem. Błyskawicznie pojawił się jakiś człek, który zapytał, gdzie jest port docelowy (było to Agios Kyrikos) i wsunął mi za wycieraczkę odpowiednią karteczkę z nazwą portu.
Kiedy przyszła moja kolej, sprawdzili bilety – osobny dla mnie, osobny dla Ignasia – i kazali wjechać na prom…

Ku wielkiemu zdumieniu oni wiedzieli, co robią! Coś do mnie krzyknęli, porosiłam o powtórzenie
– przepraszam nie zrozumiałam – powiedziałam,
Facet zatrzymał się na chwilę i ze stoickim spokojem powiedział: deksija, jiro jiro – i poszedł w swoją stronę (to oznacza mniej więcej – skręć w prawo i zawróć). Po czym odwórcił się i poszedł w swoją stronę.
Droga wkrótce się rozdzielała, jedna prowadziła na górę, druga szła w prawo, skręciałm w tym istnym labiryncie. Żadnego znaku, niczego. Facet wyszedł, kazał mi ustawić niemal “na gazetę” auto pod ścianą, zaciągnąć ręczny i tyle. O żadnycm mocowaniu nie było w oógle mowy, ale trzba przyznać, ze w pokładzie były takie bolce, które najpewniej powstrzymują trochę auta przez samowolnym jeżdżeniem.


Wysiadłam, za mną ustawił sie inny samochód – akurat moich znajomych, okazało się, że tez jadą do Agios Kirykos, i poszłam na górę do części pasażerskiej. Podróż przebiegła całkiem spokojnie, wraz z ogłoszeniem przez załogę, że zbliżamy się do Ikarii, właściciele aut grzecznie zeszli na dół i wszyscy wyprowadzilismy swoje auta….

I tak rozpoczęła się pierwsza podróż Ignasia i mój samochodzik postawił po raz pierwszy swoje stópki, tj. kółeczka na innej, niż samoska ziemi.